karpNiedziela, 24 września 2017 karpImieniny: Dory, Gerarda, Maryny karpOstatnia aktualizacja: 2017-03-16
logowanie
Login: Hasło:
reklama
współpraca
kluby
gadugadu albert 7300154 mail 501-780-671   albert@carpstrong.eu  
reklama

ostatnio dołączyli
sztmaniukmerfiu28konopekdugifjkondelos
reklama
statystyki
Ilość odwiedzin: 3055110
Ilość odwiedzin dziś: 114
Ilość użytkowników: 784
artykuły
karpieNajważniejsza lekcja dziadka

 

„Najważniejsza lekcja od dziadka"


Słońce świeciło już coraz słabiej, ja schowany w krzakach malin myślałem co  robić jutro. Dziadek właśnie podlewał pomidory nucąc przy tym jakąś starą melodie. I nagle mnie olśniło -  Ryby!!!

            Czym prędzej popędziłem miedzy grządkami - Dziadku, dziadku!!! - wołałem....

-„Spokojnie bo się jeże wyniosą z ogrodu przez te twoje krzyki" - odrzekł      dziadek...spoglądając na mnie z uśmiechem.

- Dziadku, może jutro pojedziemy na ryby? - zapytałem nieśmiało...

Zamyślił się, oparł lekko o łopatę nie przerywając podlewania, na jego czole pojawiły się zmarszczki...zastanawiał sie chwilkę ....choć dla mnie była to cała wieczność....

- „W sumie większość już zrobiłem w ogrodzie" - powiedział, a jego oczy wyraźnie  cieszyły się na myśl o „wyprawie na ryby".

            - „Więc czemu nie. Moglibyśmy pojechać rano, ale musisz jeszcze iść do babci  zapytać czy nas puści" - odparł wyraźnie zatroskany.

            - O to nie musisz się martwić, mam swoje sposoby - wykrzyknąłem i pobiegłem do domu.


            Pamiętam to jak dziś, choć miałem wtedy 8 lat i najważniejsze było dla mnie to, by  być jak najdłużej na dworze, obserwować żaby, jaszczurki i jeździć rowerem....hmmm wspomnienia....

            Dlaczego o tym piszę w artykule , który miał traktować o karpiowaniu oraz metodach przechytrzenia tej pięknej i cwanej ryby?

            Ano dlatego, że właśnie podczas wyprawy, o której tu mówię, dziadek dał mi najważniejszą, moim zdaniem, lekcję karpiowania. Zresztą posłuchajcie sami.....


            Grrrr.....nie mogę zasnąć, zawsze tak mam przed wyjazdem na ryby, nie wiem czemu, ale czasem zdarza się to do tej pory....myślami już jestem nad wodą...

            Dziadek przeraźliwie chrapie, słyszę go choć śpię na piętrze, tak bardzo chcę żeby już było rano....rano....ran...noooo.....

            Zrywam się z łóżka, chyba przysnąłem....o nie !!! Dziadek na pewno już pojechał - myślę - i pędzę w dół  schodami do kuchni...serce łomocze mi jak oszalałe...

Ufff..., jest jeszcze...całe szczęście....zapach kawy „wędruje po izbie", a On robi nam kanapki na wyjazd. Zdążyłem...

            Po chwili już mkniemy dziadkową „kozą" polną ścieżką nad pobliski staw gdzie ostatnio udało mi się złowić swoją pierwszą rybę w życiu.....Dziadek mówił, że był to „karasek". Ja wiem tylko tyle, że miał dużo łusek i śmiesznie ruszał „ustami".

           „Plusk"!!! Ołowiany ciężarek ląduje w wodzie pod drugim brzegiem, a ja zastanawiam się jak dziadek to robi, że potrafi tak daleko zarzucić, kiedy ja ledwo mogę umieścić swój spławik trzy metry od brzegu.

            Siedzimy w milczeniu, kaczki chlapią się w trzcinach, słońce zaczyna swoją wędrówkę po niebie, a delikatny wietrzyk marszczy lustro wody...

           - „Zobacz jak pięknie" - mówi dziadek wciągając głębiej powietrze...

           - „Masz branie !!! Spójrz" - dziadkowy palec wskazuje na spławik , który delikatnie przechylony sunie w stronę trzcin...

            Nie wiele myśląc zrywam się i szarpię za wędkę!!! „Trach" i spławik ląduje w krzakach za moimi plecami....

           - „Za późno zaciąłeś, musisz być  bardziej czujny" - dziadek kwituje ze śmiechem.

           -„Nie martw się kiedyś się nauczysz, pamiętaj, że każdy kiedyś zaczynał łowić...najważniejsza jest dobra zabawa i obcowanie z przyrodą, a jeśli będziesz cierpliwy, natura cię wynagrodzi..." - mówiąc to rzuca kaczkom skórkę chleba, a mnie podaje pomidora...

Nagle zrywa się z krzesełka i jednym ruchem unosi wędkę wysoko nad głowę -

           „Siedzi !!!" - krzyczy, wyraźnie zadowolony.

           Wędka wygląda teraz jak „rogal marciński", gnie się w stronę stawu, a dziadek chodzi z nią tam i z powrotem wzdłuż brzegu.

           - „To chyba karp" - mówi -  „pewnie „Tomek !!!""  

           Jaki Tomek ? - myślę...

           - „Tak, tak, to on, to on , jest większy niż ostatnio, podaj podbierak!!!"

           Podbierak? Hhmmmm....aaa pewnie chodzi o tę obręcz na kiju. Tak się właśnie zastanawiałem, po co zabieramy tę „siatkę na motyle" ze sobą. Szybko daje ją dziadkowi i wtedy zastygam w bezruchu......Co to jest? Ciarki przechodzą mi po plecach....to chyba krokodyl? Myślę...chowając się za dziadkiem i patrząc jak woda pryska dookoła. Tymczasem  dziadek serdecznie wita się z tym „stworem" wykrzykując - „Cześć Tomuś, kiedy to myśmy się ostatni widzieli , chyba z dwa lata temu...hehhheehhehe...no wskakuj do podbieraka..."

            Jaki on wielki - patrzę z niedowierzaniem jak szamoce się w „siatce na motyle".

          - „Szybko wyciągnij płaszcz przeciwdeszczowy z mojej torby i rozłóż go na trawie, tylko prędko"...

           Coś chyba z dziadkiem nie tak, przecież nie pada - myślę. To pewnie przez tą „gorzką oranżadę" z butelki, którą wcześniej popijał, często się po niej dziwnie zachowuje. Musi mu szkodzić - stwierdzam i robie jak kazał...

          - „Teraz patrz i ucz się Bartku, bo to najważniejsze w całym wędkarstwie, ja to nazywam „ZZW". Im wcześniej ludzie to zrozumieją i zaczną stosować, tym większa szansa, że dziadek będzie mógł jeszcze kiedyś cieszyć się ze spotkań z „Tomkiem"". - powiedział tajemniczo, jakby zdradzał mi Wielki Sekret.....

          To zdanie zapamiętałem do dziś, choć wtedy nie bardzo wiedziałem co miał na myśli.        Obserwowałem go uważnie i starałem się zapamiętać wszystko jak najlepiej. Dziadek spokojnie wyjął rybę z siatki i położył na płaszczu, zaczęła „skakać" wiec szybko zakrył jej oczy ręką, natychmiast się uspokoiła. To chyba jakaś magia - przemknęło mi przez głowę.

          - „Nabierz w ręce trochę wody ze stawu i ochlap „Tomka"" - wysapał, a ręce trzęsły mu się jak galaretka.

          - „Dokładnie tak" - pochwalił mnie kiedy polewałem karpia...- „To po to, by nie wyschła mu skóra w tym upale" - rzekł...

          Chwile tak siedzieliśmy patrząc na rybę, dziadek uśmiechał się od ucha do ucha i coś tam szeptał do siebie...

          -„Widzisz tą dużą łuskę przy ogonie, zobacz jaki ma kształt ?"

          - Wygląda trochę jak serce - odparłem zmieszany.

          - „Dokładnie, dokładnie to właśnie wyróżnia Tomka z pośród reszty karpi w tym stawie...nazwałem go tak, kiedy spotkałem się z nim pierwszy raz kiedy jeszcze Ciebie nie było na świecie..."

         - Jak to dziadku, to ta ryba jest starsza ode mnie ? - zapytałem zaskoczony...

         - „Oczywiście, pływa już tu bardzo długo, a to dlatego, że naprawdę niewielu wędkarzy tu łowi. Większości z nich nie udaję się go wyjąć na brzeg o czym świadczą te drobne blizny na pysku...zobacz..."

           Faktycznie miał kilka blizn, ale wyglądał naprawdę zdrowo. Siedzieliśmy tak nad karpiem i patrzeliśmy na niego, był naprawdę dziwny, miał tylko kilka łusek i wąsy....

          - „Dobra czas wracać do domu" - wyszeptał dziadek, podniósł karpia, ucałował i ku mojemu zdziwieniu, wypuścił go z powrotem do stawu !!!....Chwilę, podtrzymywał go we wodzie, a ten machnął ogonem ochlapał dziadka i zniknął w gąszczu podwodnych roślin.....nie mogłem w to uwierzyć...!?!

          - „Ty łobuziaku" - wykrzyknął ze śmiechem dziadek i pokiwał Tomkowi na pożegnanie.

          - Dlaczego go wypuściłeś dziadku? Przecież był taki duży, babcia mogła zrobić z niego obiad!

          - „Mój drogi chłopcze" - zaczął - „Powiedz, dlaczego łowimy ryby ?"

          - Lubimy - wyszeptałem...

          -„No właśnie, lubimy je łowić, nie koniecznie zjadać...Pomyśl jak byś się czuł gdyby nagle przyszedł do Ciebie jakiś olbrzym zabrał i chciał zjeść na kolacje? Na pewno nie byłbyś szczęśliwy z tego powodu.

           Ryby przecież tak samo jak my ludzie są istotami czującymi, dlatego należy im się szacunek i dobre traktowanie. Zobacz ile dają nam radości podczas holu, łowimy je właśnie dla tej radości, emocji i uśmiechu na twarzy."

           - „Jak myślisz czy koniecznie po tym szczęściu, które nam dają musimy je pozbawiać życia?"

           Całkowicie zamurowało mnie to pytanie.....wyobrażałem sobie jak wielki olbrzym, porywa mnie teraz z nad stawu, i wlecze do chałupy w ciasnym foliowym worku....straszne...!!! Aż łza zakręciła mi się w oku....

           - „Powiedz, czy mamy co jeść w domu?" -  dziadek swym pytaniem „wyrwał mnie z objęć olbrzyma"

            Przełknąłem ślinę i wydusiłem...

           - Tak, przecież zawsze mamy pyszne obiady i podwieczorki dziadku....

           - „No właśnie dlatego, nie koniecznie musimy zabierać ryby do domu, niech sobie spokojnie żyją pod wodą w swoim świecie, a nam dają radość podczas łowienia...Pomyśl co by, było gdyby dziadek zabrał do domu Tomka za pierwszym razem kiedy go złowił?"

           - Hmmm...pewnie dziś byśmy go nie złowili, a Ty nie opowiedziałbyś mi tej całej historii. Możliwe nawet, że nie dowiedziałbym się do czego służy „siatka na motyle" - odpowiedziałem zamyślony...

           Dziadek śmiał się głośno - „Brawo Bartku, brawo, dokładnie tak - widzę, że wyrośnie z Ciebie dobry wędkarz."

           - Nie rozumiem, przecież babcia zawsze się z Ciebie śmieje kiedy wracasz z ryb i mówisz, że nic nie przywiozłeś ? -  powiedziałem zatroskany....

           Tym razem dziadek już prawie spadł z krzesełka ze śmiechu....

           - „To prawda, ale przecież mi to nie przeszkadza" - odparł - „Niech się śmieje, przynajmniej jest wesoło. Wcale się tym nie martwię, pamiętaj ludzie są różni i mówią różne rzeczy, ale najważniejsze jest to by się nimi nie przejmować. Zawsze rób to co sam czujesz, a wyjdziesz na swoje."

           - „Widzisz, jeśli wędkarze będą zabierać wszystkie ryby , które złowią, by je zjeść, czy pochwalić się sąsiadowi za kilka lat nie będzie po co przychodzić nad brzeg jezior czy stawów. O spotkaniu z „wielką" rybą nie wspomnę.

            Nie życzę Ci tego wnusiu, ale boję  się, że kiedy będziesz dorosły możesz mieć problem ze złowieniem kilku dużych ryb, przez te parę porannych godzin nad wodą." - powiedział, głaszcząc mnie po głowie.

            Poczułem wtedy w sobie taką radość, że Tomek nadal pływa i ma się dobrze, że ciężko to opisać słowami. Zdarzenie to odmieniło mnie całkowicie i obiecałem sobie, że nigdy nie zabiorę ryby do domu, chyba, że będę „umierał" z głodu...

            Przypomniałem sobie wtedy o tym co mówiła pani na biologii, iż zwierzęta zabijają tylko wtedy kiedy są głodne lub zagrożone. Pomyślałem o ludziach, którzy czasem uśmiercają inne zwierzęta dla samej tylko przyjemności, a nie w sytuacji zagrożenia czy głodu. Zrodziło się wtedy we mnie pytanie, więc zadałem je dziadkowi...

           - „Dziadku, czy ludzie są gorsi od zwierząt ?" 

             - „Czasami na to wygląda, Bartku,...czasami na to wygląda..." - powiedział ze smutkiem....

              Przez resztę dnia dziadek tłumaczył mi wiele rzeczy związanych z karpiami i jak to nazywał „ZZW" czyli „Złotą Zasadą Wędkarza".

              Kiedy po południu, wróciliśmy do domu, a babcia zapytała  -  „Co przewieźliśmy ?"

Spojrzałem na dziadka......On mrugnął do mnie....po czym śmialiśmy się do rozpuku, dobrych kilka chwil, aż babcia stwierdziła, że słońce wyraźnie nam zaszkodziło. My natomiast wiedzieliśmy swoje i było to naszą wielką tajemnicą, a zarazem olbrzymią radością.

              Dziś z perspektywy czasu zadaję sobie pytanie - „Czy dziadek wyprzedził swoją epokę ?"

              Z pewnością tak. Wtedy jednak niewielu to rozumiało, ba nawet dziś nie wszyscy chcą to zrozumieć, ale sądzę, że małymi kroczkami zbliżamy się do tego by przyjąć „ZZW" jako coś naturalnego i oczywistego. Przynajmniej tego sobie życzę.........


              Dodam jeszcze, że na początku chciałem po prostu napisać artykuł o zasadzie „No kill", czyli moim zdaniem największej naszej „karpiarskiej misji". Lecz takich tekstów jest na „pęczki", więc temat postanowiłem ująć w innej formie. Może taka treść bardziej przemówi do wędkarzy, którzy cały czas wahają się po której „stronie mocy" pozostać. Ja oczywiście zachęcam do przejścia na tą właściwą stronę i w pełni stosować „No kill", „C&R", „Złów i wypuść" czy dziadkową „ZZW".


              Pozdrawiam Bartosz Czechowski - bart


       ps. Opowiadanie to dedykuję mojemu śp. dziadkowi Leonowi, który zabrał mnie na pierwszą wędkarską wyprawę oraz wszystkim dziadkom, ojcom i osobom, które zaszczepiły w Was to piękne hobby jakim jest wędkarstwo.....

 

 

DODAJ SWÓJ KOMENTARZ





 

CENNIKOCHRONA PRAW OSOBOWYCHREGULAMIN PORTALUREGULAMIN FORUM