karpWtorek, 26 września 2017 karpImieniny: Cypriana, Justyny, Łucji karpOstatnia aktualizacja: 2017-03-16
logowanie
Login: Hasło:
reklama
współpraca
kluby
gadugadu albert 7300154 mail 501-780-671   albert@carpstrong.eu  
reklama

ostatnio dołączyli
sztmaniukmerfiu28konopekdugifjkondelos
reklama
statystyki
Ilość odwiedzin: 3056851
Ilość odwiedzin dziś: 100
Ilość użytkowników: 784
artykuły
karpie„Jak zdobyliśmy Diabelski point na Jeziorach Wielkich”.

 

„Jak zdobyliśmy Diabelski point na Jeziorach Wielkich".

Dawid Patlewicz www.carpshop.pl

Na drugą połowę sierpnia, miałem zaplanowaną wraz z kolegami z Gold Carp Teamu, zasiadkę na Jeziorach Wielkich. Już w lipcu wiedziałem, że przyjedzie prawie pełen skład klubu Gold Carp ,do którego i ja zostałem, z wielką chęcią z mojej strony wciągnięty! We wtorek 17 sierpnia, po ciężkiej przeprawie z Lublina przez Warszawę(towarzyszyły im ulewne deszcze i wyrywające drzewa nawałnice),pierwsi koledzy i koleżanka z klubu zjawili się w Poznaniu. W składzie: Paweł i Agnieszka Szutko oraz Paweł Kociuba odwiedzili mnie w moim sklepie, aby zaopatrzyć się w niezbędny sprzęt oraz akcesoria, do łowienia z dalekiej wywózki.

 

 Jeziory Wielkie to trudne łowisko, które nie było mi obce. Wiedziałem, jak muszą się przygotować i wszystko na czas załatwiłem. Potrzebowali: solidnego pontonu, dużych kręciołów, no i oczywiście, solidnych plecionek oraz strzałówek . Wszystko to, bez żadnego problemu dostali u mnie w sklepie. Ja sam, przygotowałem 2 tygodnie wcześniej ,10L wiadro pełne kulek Carp Devila zalanych specjalnymi liquidami. Do pełni szczęścia moi goście poszerzyli swój arsenał kulek przynętowych, o sprawdzone przeze mnie w tym sezonie smaki i mogliśmy ruszać w drogę. Ze względu, że nawijaliśmy plecionki i strzałówki na 4 kołowrotki oraz dobieraliśmy niezbędne akcesoria i ciężarki, wyjechaliśmy z mojego sklepu, dopiero po 19-tej! Drogę, ze sklepu z Poznania, na łowisko koło Zaniemyśla , pokonaliśmy dość szybko, ponieważ ja urzęduję w centrum,  tuż przy autostradzie. Na łowisku, spotkaliśmy się z gospodarzem Piotrem Januszem, który zaproponował nam, żebyśmy zajęli nowe stanowisko, które nie zostało jeszcze nazwane. Z uwagi, na podmokły teren,  Nasze wcześniej zarezerwowane miejsce, „Zibi Point" ,nie nadawało się do rozbicia obozowiska. Piotr oznajmił nam, że ten nowy point, nie został jeszcze zdobyty i czeka na łowcę pierwszego, pięknego okazu. Chodziło tutaj, o rybę co najmniej 17kg! Pełni optymizmu, zaczęliśmy się tam, szybko rozpakowywać . Gdy byliśmy, przygotowani do sądowania łowisk, zrobiła się już szarówka. W zupełnych ciemnościach, spływaliśmy po umieszczeniu, 3 markerów i zanęceniu łowisk. Dwa markery, mieliśmy postawione na 2 i 3 m głębokości ,pod przeciwległym brzegiem, 340m od Naszego stanowiska, niedaleko „Ściany Płaczu".

Przeciwległy brzeg, zarezerwowany był dla reszty Naszej ekipy, która miała przybyć, dopiero w czwartek z rana. Ostatni marker, umieściliśmy po lewej stronie w „Zatoce Świń", na około 4 m głębokości. Dotychczas, nie miałem okazji przekonać się na własnej skórze, dlaczego właśnie tak nazwano tą zatokę. Pierwszej nocy, po hałaśliwych spławach dużych ryb, już wiedziałem dlaczego. Tej nocy, przeszło przez jezioro, kilka bardzo silnych burz, przez co zdążyliśmy umieścić, tylko jeden zestaw w łowisku.  Nie doczekaliśmy się nocnego brania i to, na całe szczęście! W środę, skoro świt, przygotowywałem się do wywózki, robiąc kombinowane zestawy. Na młynkach, miałem nawinięte ponad 500m plecionki 30lb, co dawało mi, duże możliwości manewru i ewentualnego „przewożenia", w prawo lub lewo, zanęconego łowiska. Od samego początku, używałem bezpiecznych klipsów Carp'r'usa, które zawsze kiedy tego potrzebuję, „wypinają" ciężarek. Jak już wcześniej wspomniałem ,używaliśmy ciężarków z kamienia, w przedziale wagowym od 220-330g. Ten typ obciążenia, jest naprawdę skuteczny, na lekko mulistym dnie, no i nie zanieczyszcza, tak środowiska, jak ołów! Ja używałem,  te najcięższe. Przypony, miałem wykonane, na bazie sztywnych elementów ,fluorocarbonów Carp'r'usa i haków Shortshank Nailer, również tej firmy. Lubię te haki, bo nie tępią się, jak te teflonowe, na byle zaczepie czy nawet ,po jednej wyholowanej rybie! Moje ulubione haki, mają rozmiar 6, a zestawy na nich zrobione, posiadają stosunkowo długie włosy! Tym razem, skupiłem się na „mocy" całego zestawu, dlatego zastosowałem na przypon, fluorocarbon 50lb i w/w haki, najmocniejsze w ofercie Carp'r'usa, wykonane z bardzo grubego drutu. Na Jeziorach Wielkich, nie ma żadnych kompromisów, karpie są bardzo silne, no i do tego występują tam  liczne zaczepy!

Moi znajomi ,po bardzo wyczerpującej podróży, pospali sobie, dość długo. Nie miałem im tego za złe, ale już nie mogłem się doczekać, kiedy wspólnie, po raz pierwszy, powywozimy zestawy. Nie chciałem robić tego sam, bo obiecałem wprowadzić ich, krok po kroku, w tego typu łowienie. Po śniadaniu, wszyscy byliśmy już gotowi do wywózki. Na moje zestawy, powędrowały kule, kałamarnica i makrela Devila, złamane czarną porzeczką Pawła Szewca oraz mulberry  Dynamita.  Do nęcenia, poszły śladowe ilości zanęty w postaci pelletów i kulek, ponieważ dzień wcześniej, wieczorem, nęciliśmy dość obficie. Koledzy, postępowali podobnie, łącząc śmierdziele z owocówkami. Do wody powędrowała, również róża Pelzera.  Pierwsze, na Naszych zestawach, zameldowały się leszcze. Mnie, nie było pisane, ściągać tych „chwastów" ,ze swoich zestawów, bo wyskoczyłem do Poznania zobaczyć, co dzieję się w moim sklepie. Gdy wróciłem z powrotem nad wodę, robiła się już szarówka,  a ekipa miała już powywożone swoje zestawy. Pozostało mi, tylko założyć świeże kule i wypłynąć na wodę. Tym razem, zestawy położyłem, 10m na prawo i lewo, od zanęconego łowiska. Jeden, płycej niż moje nęcone łowisko na 1,5m głębokości, a drugi głębiej na 3,5m. Zapomniałem wspomnieć, że cały czas,  wiał wiatr w stronę „Zatoki Świń",  a nie „Ściany Płaczu",  gdzie miałem nęcone swoje łowisko. W zatoce,  Paweł Kociuba,  nie miał dotychczas nawet brań leszczy! Wszędobylskie „żyletki", brały również kolejnej nocy, nie dając nam pospać ,ani posmakować walki, z tamtejszymi karpiami. Obiecaliśmy sobie, że od samego rana, zmieniamy taktykę. W czwartek,  jeszcze przed świtem, wyruszyłem w drogę do Poznania, aby tam odeskortować , do mojego sklepu na zakupy, resztę przybyłego z pod Lublina teamu. Koledzy przyjechali w składzie: Irek Szutko, Marek i Mirek Kukiełka oraz Marek Kasprzak.  Zadowoleni i z pełnymi reklamówkami, nowości sprzętowych oraz przynętowych, opuścili  moje skromne progi z wielka nadzieja na udany połów. Nie miałem dla nich, zbyt dobrych wieści z nad wody, za sprawą tych leszczy. Ale, jak to bywa w karpiowaniu,  cel złowienia pięknego okazu, zakrywał wszelkie dotychczasowe niepowodzenia. Cicho wierzyłem, że zajeżdżając z resztą ekipy nad wodę, dowiem się, o jakiś pozytywnych wynikach kolegów, których tam zostawiłem. Niestety, a może na szczęście, nie było żadnego brania podczas mojej nieobecności. Może karpie weszły w łowisko? Mieliśmy obraną nową taktykę, na resztę dnia i nocy. Polegała ona na centralnym zanęceniu, wąskiego pola, wokół markerów, samym spreparowanym miksem różnych ziaren. Miało to, odciągnąć leszcze ,od Naszych zestawów, które były umieszczane, co najmniej 10m, obok nęconego łowiska. Trzej koledzy, którzy właśnie dojechali, zajęli miejsca na „Ścianie Płaczu" i od razu, w tej wodzie, się zakochali. Postanowili nęcić skromnie, raczej sypiąc punktowo na zestaw. Łowili, zarówno pod samymi trzcinami ,jak i zatopionymi drzewami. Miejsce ich, dawało szerokie spektrum możliwości, no i do tego bez konieczności stosowania ekstremalnej wywózki!

 

Do Naszego nowego stanowiska, które zajmowaliśmy już od wtorku, dołączył czwarty  „zawodnik" po tej stronie, kolega Irek Szutko, brat jednego z Pawłów. Postanowił łowić w „Zatoce Świń", w samych oczkach, miedzy trzcinami na głębokości 1,2-1,5m. Sypnął na zestaw bardzo skromnie, pokruszone kule i sypką zanętę z dużą dawką aromatu. Drugi z Pawłów, przeniósł swój marker ,ze środka zatoki, na jej wyjście, pod cypel z trzcin, na głębokość około 2,5m. Jeden zestaw, tam położył a drugi „podłączył"  do Nas na „Ścianie". Do wieczora mieliśmy gości: Przemka, Jarka i Izę z Carp Devil Baits Polish Teamu. Byli świadkami jak w łowisko, po leszczach, weszły nam duże karasie, takie około 2kg. Ta noc, miała być przełomowa i tak, też się stało. Doczekaliśmy się brań karpi i tak, do godzin wczesno-południowych, mieliśmy już na macie 4 sztuki z przedziału wagowego 6-8kg. Trzy ze „Ściany", jeden z "Zatoki".

Po drugiej stronie, chłopaki mieli podobnego do Naszych karpia, ale spioł się im, przy podbieraku. Po południu, postanowiliśmy sypnąć więcej towaru na markery i zestawy. To był Nasz błąd, po serii brań karpi w syto zastawiony stół, weszły Nam znowu leszcze, tym razem, trochę większe egzemplarze niż ostatnio. To Nas nie pocieszało  i borykaliśmy się z Nimi kolejnej nocy i przez prawie cały, następny dzień. Ręce bolały od wiosłowania! koledzy nauczyli się ode mnie, pływać po leszcze, już ze zrobionymi, gotowymi do zamiany zestawami. Ja, tego sobotniego popołudnia przywiozłem nad wodę, swoją żonę i rocznego synka, aby poznali moich znajomych i mogliśmy pobyć razem. Wcześniej, jak mnie nie było, na mojej wędce, Paweł Szutko spioł coś większego, prawdopodobnie ładnego karpia. Do wieczora, wywiozłem z żoną i synkiem wspólnymi siłami ,moje zestawy. Wracają do brzegu, zauważyłem spław dużego karpia ,100m na prawo, od mojego nęconego łowiska w śród zatopionych drzew, niedaleko tamtego brzegu.

W myśli powiedziałem sobie, że jak do rana nic się nie wydarzy, to na parę ostatnich godzin wywiozę jutro z rana, tam właśnie jeden zestaw! Żeby było śmieszniej, zabrałem nawet z domu amulet na szczęście, który dostałem od siostry po jej powrocie z Nowej Zelandii.  Był to „Fish Hook" tamtejszych rybaków, wykonany z ości wieloryba, który miał przynosić szczęście w połowach. Ja na to liczyłem! Wieczorkiem około 20-tej, było branie u Irka, który łowił blisko trzcin, na 3 połówki kulek: Róża Pelzera, Natural Food i Pożeczka Pawła Szewca. Karp zaparkował w trzcinach, ale udało się go, pomyślnie podebrać. Ważył ponad 11kg. Więc mieliśmy pierwszą dwucyfrówkę!

 

Koledzy z przeciwnego brzegu też mieli branie, ale karp na dobre zaparkował w trzcinach i pozbył się zestawu. Późnym wieczorem odwiozłem rodzinkę do domu i wróciłem już w zupełnych ciemnościach nad wodę. Ostatnia noc dłużyła się w oczekiwaniu na te utęsknione branie. Po drugiej położyliśmy się spać. Rano około 6 obudziło mnie delikatne branie. Zaciąłem i od razu poczułem, że to znowu leszcz. Odstawiłem wędkę na poda i postanowiłem przygotować zestaw „ostatniej szansy". „Odchudziłem" trochę zestaw końcowy stosując o wiele cieńszy ,ale niezwykle ostry hak Centurion nr 6 z bordowym robaczkiem Carp'r'usa na miękkiej plecionce, którą zamaskowałem brunatnym Wedy Wrapem ,również z kolekcji Carp'r'usa!

Wypłynąłem sam po zestaw z leszczem, bo reszta sobie jeszcze smacznie spała. Nad nęconym łowiskiem odhaczyłem „chwasta", zamieniłem zestaw końcowy na ten wcześniej przygotowany zamaskowany przypon, na którym wisiała moja ulubiona 18mm kulka kałamarnicowa Devila z dodatkiem małego pop upa-tutti frutti!

Popłynąłem 100m w prawo do miejsca, gdzie dzień wcześniej widziałem spław dużego karpia. Zestaw z workiem PVA, wypełnionym 4mm pelletem Devila, zalanym aminoliquidem Śliwka-Kałamarnica położyłem metr od zwalonych do wody drzew, jakieś 5m od tamtego brzegu, na głębokości około 1,4m.  Wokół zestawu, na około 2 m promieniu, rozsypałem 10 pelletów 18mm - Robin Red, zalanych dipem Tropical Devila oraz tyle samo pelletu w kulce 18mm -Tuńczykowy Gulasz. Do brzegu wróciłem trzymając wędzisko między nogami, dość szybko wiosłując. Zajęło mi to, około 10min od położenia zestawu. Na brzegu, wędzisko odłożyłem na poda, dokręciłem hamulec, bo zamierzałem łowić „na sztywno" i przytwierdziłem dolnik wędziska do poda, za pomocą gumy z dentki. Postanowiłem położyć się jeszcze do namiotu, nie wierząc za bardzo w jakieś branie. Tym bardziej, że o 9 miałem zacząć się pakować!

Było to, krótko przed siódmą rano. Oczywiście nie mogłem już zasnąć, jakaś dziwna siła mówiła mi, że mam pilnować tej wędki. Podszedłem niedaleko poda do lustra wody, gdy nagle usłyszałem  pojedyncze „pi" na moim delkimie! Szczytówka mojego  Century delikatnie się przygięła, żeby po chwili na całej swojej długości zasygnalizować branie. Po trzecim „pi" i dziwnym dźwięku,  dochodzących od głowicy mojego statywu, miałem już wędzisko uniesione do góry. Pozostało mi, tylko wydostać dolnik z opaski gumowej i ruszyć do pontonu. Szybko obudziłem ,stanowczym głosem, Pawła Szutko, który sprawnie podpłynął z pontonem, pod moje nogi. Podbierak, oczywiście był w pontonie, w pełnym pogotowiu. Czułem na kiju, że to nie mała sztuka oraz wiedziałem, że odbiła na moje szczęście, na otwartą wodę! Mocny kij, nierozciągliwa plecionka oraz solidny tripod, nie pozwoliły rybie wejść w zaczepy i prawdopodobnie, robiąc młynka pozostało jej tylko, wyjść na wodę. Hol trwał około 30min, zanim karp pokazał nam się pod powierzchnią! Kilka razy murował do dna, na głębokości około 5m. Kolega, który był ze mną na pontonie, spalił 3 papierosy, za nim wsadził, w ogóle podbierak do wody! Piękny pełnołuski karp, dał się podebrać za drugim wyjściem do powierzchni. Był tak wymęczony holem, że po spłynięciu dał się spokojnie fotografować.

Waga pokazała magiczne jak na to miejsce 17kg! Był to Nasz wspólny sukces. Point zdobyty i to podczas pierwszej  zasiadki Gold Carp Teamu na Jeziorach Wielkich. Ukoronowaniem Naszej zasiadki niech będzie nazwanie tej nowej miejscówki Diabelskim Pointem!

Z karpiowymi pozdrowieniami

Członek Polskiej Federacji Wędkarstwa Karpiowego

Dawid Patlewicz

Catch&Release

 

CENNIKOCHRONA PRAW OSOBOWYCHREGULAMIN PORTALUREGULAMIN FORUM